Zadzwoń lub napisz

+48 602 370 506 +48 32 294 92 63 info@zwrotpodatkow.pl

lub

skorzystaj z formularza

Polski zakalec na Zielonej Wyspie

Polski zakalec na Zielonej Wyspie

Pracują w Irlandii, ale na polskich warunkach. Wykorzystywanie pracowników to temat, który przewija się bardzo często. I mimo że istnieją kodeksy pracy, w których każdy, zarówno pracodawca, jak i pracownik mają swoje prawa, to często są to martwe przepisy.

W Irlandii, kraju bogatym z niską stopą bezrobocia, z przewidywaniami, że zapotrzebowanie na pracowników nie będzie malało przez kilka najbliższych lat, z rozwijającą się gospodarką, słyszy się o pracodawcach, którzy nie przestrzegają praw pracowników. Najwięcej problemu jest z emigrantami – nie znając języka angielskiego, podejmują nielegalną pracę, ze stawkami poniżej najniższej krajowej, a często i poniżej ich kwalifikacji. Głośne były sprawy łamania praw pracowników w Tesco, przez Irish Ferries oraz w wielu firmach budowlanych. Głośne – ale czy wpłynęły na poprawę warunków pracy?

Może w samych tych firmach tak, ale wciąż jest wielu pracodawców, którzy sądzą, że prawo ich nie doścignie. Skąd bierze się to przekonanie? – Część pracodawców wykorzystuje to, że pracownicy nie mówią po angielsku. Ale nie można powiedzieć, że to tylko emigranci są wykorzystywani. Wielu Irlandczyków ma ten sam problem – mówi Kazimierz Anhalt ze związków zawodowych SIPTU. Podobnie twierdzi Marcin Szulc, doradca prawny: – Ten problem dotyczy wielu narodowości, po prostu są pracodawcy, którzy mają taką przypadłość.

W Emigrant Advice (biurze imigracyjnym) słyszę, że problem wykorzystywania zawsze istniał na Wyspie.

Pracowałem u Polaka

W prasie polonijnej pisano już o Polakach, którzy aby dostać pracę musieli zapłacić za jej załatwienie swoim rodakom. Czy powiedzenie “Polak Polakowi wilkiem” staje się naszym narodowym mottem? Oto pojawia się kolejny problem. Tak otwarta na nowości Irlandia daje naszym krajanom możliwość zakładania swoich biznesów, wprowadzania na irlandzki rynek produktów, które do niedawna były tutaj nieznane. A nasi “polscy biznesmeni”, aby zaoszczędzić – bo przecież muszą rozwinąć swój biznes – sami przy tym nie tracąc ani centa, zatrudniają swoich rodaków. Płacą im, ale czy zgodnie z obowiązującymi w Irlandii zasadami?
Grzegorz pracował w polskiej piekarni. Nie otrzymał warunków pracy na piśmie, pracował na nocki po 12–13 godzin, nie dostawał dodatkowego wynagrodzenia za przepracowane dni świąteczne, kiedy to do pracy chodził na piechotę kilkanaście kilometrów, bo nie kursowały autobusy. Pieniądze otrzymywał w kopercie – nigdy nie dostał całej należącej się mu wypłaty, ale raty po 100–200 euro (380–750 zł). Przez pół roku pracy w Traditional Polish Bakery należącej do Karola Tracza, wystawiono mu dwa payslipy . – Gdy spytałem się o obiecaną wypłatę usłyszałem, że nic mi się nie należy, bo pracuję na polskich warunkach – mówi Grzegorz.
Dlaczego wciąż tam pracował? – W Polsce urodziło mi się dziecko, więc musiałem. Chciałem już nawet wracać do rodziny, ale nie miałem za co, a gdy wykupiłem bilet na samolot, żeby być przy narodzinach dziecka, to nie dostałem wolnego. Dopiero w listopadzie pojechałem na 4 dni w odwiedziny – żali się. Grzegorz narzekał też na warunki sanitarne, a w zasadzie na ich brak. W zakładzie nie było bieżącej wody ani żadnych środków czystości, sam zaopatrzył się w fartuch do pracy, gdzie w Polsce wszystko to zapewniał pracodawca.

Okazało się też, że nie był zarejestrowany w irlandzkim urzędzie podatkowym – stracił więcej niż myślał. Problem z założeniem konta, z zapłatami za mieszkanie, brak możliwości przesyłania pieniędzy rodzinie. Obecnie Grzegorz pracuje w jednej z największych irlandzkich cukierni. Od razu dostał kontrakt, jest zadowolony z warunków zatrudnienia, nie ma problemu z urlopami. W Polsce 11 lat pracował w tym fachu, ma stopień mistrza i wprowadza swoje receptury na chleb. Sam zrezygnował z pracy u Karola Tracza, ale inni zostali zwolnieni ot tak, w zasadzie bez powodu.

Zwolniony za nic

Rafał zwrócił się o pomoc do Emigrant Advice. Wytoczył sprawę Karolowi Traczowi przed The Labour Relations Commission. Sprawa zakończyła się polubownie, bo obie strony przystały na warunki. A jak Rafał wspomina pracę w piekarni? – Pracowałem tam ponad trzy miesiące. Jako ciastkarz miałem wprowadzić drożdżówki. Na początku pracowałem po 2–3 dni w tygodniu na nocki od 16 do 6 rano. Potem, gdy została zwolniona osoba, która burzyła się, że nie ma płaconego tyle ile powinna mieć, zostałem przyjęty na stałe i pracowałem nocą po 12 godzin – opowiada. Nie dostał umowy, mimo że nalegał – chciał sprowadzić z Polski rodzinę i zależało mu na legalnej pracy. Od pracodawcy usłyszał, że nawet gdyby mu podniósł stawkę, to i tak nie będzie go stać na to, aby rodzina do niego przyjechała. Rafał pracował w tygodniu po 72 godziny, a zarabiał 350 euro (1,3 tys. zł). – To nawet nie była najniższa stawka, a na P45 wychodziło, że zarabiałem najniższą krajową. Poza tym dostałem tylko jednego payslipa – opowiada. Po czterech miesiącach pobytu w Irlandii Rafał chciał odwiedzić rodzinę w Polsce. Sam Karol Tracz wykupił mu bilet na samolot swoją kartą kredytową. – Po powrocie do Irlandii miałem iść do pracy, więc większość pieniędzy zostawiłem żonie. Tuż po moim przyjeździe zadzwonił pracodawca i powiedział, że już więcej u niego nie pracuję – opowiada. Nie podał żadnych powodów. Rafał został zwolniony z dnia na dzień, nie miał środków do życia. Kolega poradził mu, aby poszedł do Emigrant Advice. Dostanie odszkodowanie, choć nie jest ono równoważne z tym co stracił. – Musiałem się zapożyczyć, aby opłacić mieszkanie i móc szukać pracy. Ale cóż, mam nadzieję, że pracodawca też będzie miał nauczkę – dodaje.

Wina księgowej

Właściciel polskiej piekarni, zapytany o to, czy u niego w firmie miały miejsce podobne sytuacje, twierdzi, że nie wszystko jest prawdą. – Nie robimy ludziom na złość, nie wykorzystujemy ich. Rozkręciło się całkiem duże przedsiębiorstwo, funkcjonuje już od roku, zatrudniam 15 osób, są oni zadowoleni i zarabiają więcej niż najniższa stawka.

Na potwierdzenie tych słów otrzymuję telefony do dwóch pracowników: kierowcy Arkadiusza Balińskiego i piekarza Artura Sitarskiego. Dzwonię, pytam, jak im się pracuje? – Odpowiada mi zarówno sama praca jak i warunki finansowe, a warunki pracy dostałem na piśmie – mówi Arkadiusz. Podobnie twierdzi Artur: – Wynagrodzenia otrzymuję na bieżąco, a zarobki mam średnie irlandzkie. Ja nie mogę narzekać, ale nie wiem jak inni. Karol Tracz potwierdza, że sprawa przed komisją pracy została zakończona polubownie i że prawdopodobnie następne sprawy też będą miały taki sam finał. Gdy pytam o dokumenty, payslipy, warunki pracy… słyszę, że to wina irlandzkiej księgowej, która nie wystawiła dokumentów na czas.

Znaj swoje prawa

W Emigrant Advice nie mogą zdradzić akt sprawy, jednak potwierdzają, że zgłaszają się do nich osoby, które miały problemy z polskim pracodawcą. – Ludzie nie wiedzą, gdzie pójść, nie wiedzą, że wystarczy wysłać pismo i Rights Commissioner musi je przyjąć, że skarga wcale nie musi być złożona na formularzu. My im pomagamy, wypełniamy aplikacje w języku angielskim – mówi Irena Suchocka z Emigrant Advice.

Niektórzy boją się, że będą musieli ponieść koszty postępowania w Labour Commission (Komisja d/s Praw Pracowniczych). Tymczasem na pracowniku nie ciążą żadne koszty i nawet, jeżeli pracodawca wygra sprawę, i tak nie otrzyma zwrotu wydatków poniesionych np. na swojego prawnika.

Do Emigrant Advice przychodzą poszkodowane osoby. Czego dotyczą zgłaszane naruszenia prawa? – Wiele osób nie dostaje warunków pracy na piśmie. Każdy powinien wiedzieć, jak wygląda jego tydzień pracy, ile godzin pracuje, jak często przysługują mu przerwy, jak w danej firmie wygląda rok wakacyjny – za brak tych informacji pracownik może otrzymać odszkodowanie w wysokości tygodniowej pensji. Wszystkie procedury powinny być przekazane pracownikowi na piśmie. Co więcej, jeżeli pracodawca wie, że pracownik nie zna angielskiego, to musi temu obcokrajowcowi wytłumaczyć jego prawa tak, aby nie miał on żadnych wątpliwości – inaczej jest to rodzaj dyskryminacji – mówi Błażej Nowak z Emigrant Advice.

Niestety ludzie godzą się na niższe stawki, bo mają rodzinę na utrzymaniu, trzeba zapłacić za mieszkanie, potem boją się odejść z pracy. – Nie wiedzą, gdzie się udać i w zasadzie dopiero, gdy są zwalniani to przychodzą ze skargą. Powinni zgłaszać się do komisji pracy, nie bać się, bo to na pracodawcy spoczywa ciężar dowodu – radzi Irena Suchecka.

W SIPTU zgłaszanych jest wiele podobnych spraw. Jednak związki zawodowe nie są w stanie pomóc pojedynczym osobom. – Nie możemy wpłynąć na pracodawcę, jeżeli tylko jedna osoba zgłasza się do nas w sprawie wykorzystywania. W zasadzie, jeżeli ktoś nie zapisał się do związku, to my nie mamy możliwości działania w jego imieniu. Ważne też jest, aby osoby, które mają problemy, przychodziły do nas jeszcze jak pracują, a nie po tym, jak już zwolnią się z pracy – mówi Kazimierz Anhalt z SIPTU.

Również tam Karol Tracz ma założoną teczkę sprawy. Kilka osób zgłosiło na niego skargi. Przychodziły też osoby, które miały problemy z innym polskim pracodawcą, właścicielem sieci polskich sklepów “Samo Dobro”.

Druga część tekstu ukaże się pod koniec lipca, gdyż sprawa odnośnie pracodawcy z “Samo Dobro” jest w toku.

Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione.